Edward Szymkowiak (13 marzec 1932 – 27 styczeń 1990)

Po raz pierwszy Edward Szymkowiak zabłysnął talentem w czasie I-szej Ogólnopolskiej Spartakiady w 1951 roku. Rok później był jednym z głównych bohaterów spektaklu pod tytułem „Finał Pucharu Polski”, w którym Ruch Chorzów wygrał z Wisłą Kraków 2:0. Trener reprezentacji Polski, Ryszard Koncewicz, zdecydował: „Edek pojedzie na XV Igrzyska Olimpijskie do Helsinek”. Należy dodać, ze w tym samym roku zdobył z chorzowskim Ruchem swoje drugie mistrzostwo Polski! Rzadko który piłkarz w tak młodym wieku może pochwalić się tyloma sukcesami. A był to dopiero początek kariery „Wańki-wstańki”, jak nazywali go fachowcy.

Szymkowiak urodził się 13 marca 1932 w Dąbrówce Małej, gdzie też stawiał pierwsze kroki w swojej bogatej w sukcesy piłkarskiej karierze. Nie miał najlepszych wzorów, prawie wszystko osiągnął wyłącznie dzięki wyjątkowo ciężkiej pracy i nieprzeciętnej wyobraźni. Początkowo bronił niejako instynktownie. Miał jednak duże wyczucie i świadomość, że to, co robi, zjedna mu kiedyś opinie fachowców i kibiców! Sympatycy futbolu uwielbiali „Szymka”. Imponował przecież wspaniałym refleksem i odwagą. Fruwał w powietrzu i… rzucał się pod nogi przeciwników. Nie było dla niego straconej sytuacji, wygrał setki pojedynków „sam na sam” z napastnikami. Niektórzy trenerzy kręcili z tego powodu nosem: „To kamikaze, a nie dobrze wyszkolony bramkarz”. Były to opinie niesprawiedliwe.

– „To prawda – zwierzał się ”Szymek” – że wolałem bronić w samej bramce, niż z niej wybiegać. Zapewne w połowie lat sześćdziesiątych mój styl był już nieco przestarzały, ale przecież niełatwo było wyeliminować nawyki… samouka. Zresztą trenerom Janosowi Steinerowi w Legii, Adamowi Niemcowi i Michałowi Matyasowi w Polonii Bytom i przede wszystkim Ryszardowi Koncewiczowi w reprezentacji moje braki nie przeszkadzały. Zadebiutowałem w zespole narodowym w maju 1952 roku i… przez 13 lat byłem dobry. Rywalizował ze mną Tomek Stefaniszyn z Gwardii Warszawa, czasami też Ryszard Wyrobek z Ruchu Chorzów. Pięćdziesiąt trzy występy w reprezentacji i dziesiątki naprawdę przychylnych opinii prasowych. Po meczu Polska – ZSRR w roku 1957 w Chorzowie zniesiono mnie do szatni na rękach. Czy to mało?”

Takich momentów w jego karierze było o wiele więcej. Do historii przeszedł jego wyczyn z meczu, w którym obronił trzy rzuty karne. Rzecz miała miejsce na boisku Szombierek, gdzie bezdomna wówczas bytomska Polonia rozgrywała w październiku 1960 r. pierwszoligowy mecz z Górnikiem Zabrze. Bytomianie prowadzili 1:0. W dwudziestej minucie sędzia Maciąg podyktował pierwszy rzut karny przeciw Polonii. Wykonawcą był niezawodny w takich sytuacjach Ernest Pol. Jednak „Szymek” odbił piłkę. Wystartował do niej natychmiast Widawski, obrońca Polonii, gdy rozległ się ostry gwizdek arbitra. „Za zbyt wczesne wbiegnięcie polonisty w pole karne rzut będzie powtórzony” – podejmuje decyzję sędzia. Tym razem strzela inna znakomitość górniczego klubu, Lentner. „Szymek” znów broni! Pięćdziesiąta minuta. Za rękę pechowego w tym dniu Widawskiego kolejna jedenastka. Tym razem naprzeciw Szymkowiaka stanął Wilczek. Stała się jednak rzecz niebywała: bramkarz Polonii i jego strzał obronił. Nic  zatem dziwnego, że po takiej serii załamani górnicy przegrali 0:3. Z formalnego punktu widzenia miały miejsce dwa rzuty karne, ale w sumie były trzykrotnie wykonywane.

Ale zanim przyszedł do Polonii, terminował cztery lata w warszawskiej Legii, do której trafił (jakżeby inaczej) poprzez powołanie do wojska. Tam, w latach 1953-56, dwukrotnie zdobywał mistrzostwo Polski, i tyleż samo Puchar Polski. To zresztą w okresie gry w Legii fachowcy nadali mu przydomek „Wańki-wstańki”, co odpowiednio charakteryzowało jego styl gry. Dla „Szymka” nie było straconych piłek. Wsadzał ręce tam, gdzie piłkarze nie włożyliby nogi, o głowie nie wspominając. Brawura, rzadko spotykany refleks, fenomenalnie wygimnastykowane ciało, to największe atuty Szymkowiaka. Mimo tych niewątpliwych zalet, zarzucano mu słabą grę na przedpolu. Ale nikt też nie potrafił bronić strzałów z najbliższej odległości, tak jak on. Bite silnie i celnie tak, iż zdawało się, ze są nie do wybronienia. A jednak „Szymek” to potrafił.

Edward Szymkowiak rozegrał wiele doskonałych meczów. Był bohaterem wielu spotkań międzypaństwowych. Do najlepszych należy zaliczyć: z ZSRR (2:1 w 1957 r. w Chorzowie i 1:0 w 1961 r. w Warszawie), z RFN (1:1 w 1959 r. w Hamburgu) oraz z Bułgarią (4:0 w 1960 r. w Chorzowie). Przebojem wdarł się do reprezentacji, ale niedoceniony, nagle z niej odszedł. Podziwiali go Puskas, Kocsis, Hidegkuti, Kopa, Simonian, Iwanow, Strelcow, Haller i Rahn, ale we wrześniu 1965, w trzynastym roku gry w zespole biało-czerwonych, spotkała go przykrość. W Helsinkach – i to w meczu eliminacyjnym o awans do Mistrzostw Świata – Polska przegrała z Finlandią 0:2. Ten i ów bez żadnego uzasadnienia twierdził, że… wszystkiemu winien 33-letni Szymkowiak. Nie mógł tego przeboleć. Takie pożegnanie z reprezentacją…

Piłkarz z charakterem, wiedział, czego chce, gra w bramce była dla niego prawdziwą frajdą, choć piłkarsko dojrzał dopiero w bytomskiej Polonii. Ale wpierw początki dał mu Teodor Peterek, Janos Steiner pomógł mu udoskonalić technikę, natomiast Ryszard Koncewicz wpoił Szymkowiakowi podstawy nowoczesnej taktyki. Szymkowiak z pasją uczył się gry na przedpolu, w czym bardzo mu pomógł słynny Węgier Gyula Grosics. Twierdził, że wszystko, czego się nauczył w futbolu, zawdzięcza właśnie Koncewiczowi. „Szymek” był skromny, wyjątkowo solidny, pilny w treningach, żaden ze szkoleniowców nie miał z nim kłopotów. Mówiono nawet kiedyś, że jest skryty i mało rozmowny, że niechętnie udziela wywiadów. Woli, aby w kontaktach z dziennikarzami wyręczała go żona Urszula. Nie jest to zgodne z prawdą. Zapewne Edward Szymkowiak nie potrafił i nie chciał tak każdego zagadać jak Tomaszewski, ale o futbolu można było z nim pogwarzyć.

Pełnię swoich możliwości Szymkowiak ukazał już po przyjściu do Polonii, gdzie zachwycał wszystkich równą i stabilną dyspozycją. Styl gry Szymkowiaka w bramce sprawiał, że publiczność go uwielbiała. „Szymek” nie uznawał straconych sytuacji, szalał między słupkami, rzucał się pod nogi napastników, dosłownie fruwał w powietrzu. Publiczność przychodziła na mecze pół godziny wcześniej, aby oglądać rozgrzewkę Edwarda. Skromny, koleżeński, bardzo lubiany przez publiczność i kolegów „Szymek” jest jednym z naszych największych talentów, jakie ukazały się na tej pozycji.

Z Polonią zdobył mistrzostwo Polski w 1962 i trzykrotnie był wicemistrzem kraju ( 1958, 1959 i 1961). Ponadto zdobył z nią Puchar Ameryki oraz Puchar Karla Rappana w 1965 roku. Czterokrotnie redakcja „Sportu” przyznawała mu „Złote Buty” (1957, 1958, 1965, 1966), nagrodę przeznaczoną dla najlepszego piłkarza sezonu. Jest „Zasłużonym Mistrzem Sportu” i został dwukrotnie odznaczony złotym medalem „Za wybitne osiągnięcia sportowe” oraz Złotym Krzyżem Zasługi (1964). W historii ekstraklasy zapisał się jako zdobywca tytułu mistrzowskiego w barwach trzech różnych klubów. W reprezentacji rozegrał 53 mecze, dwa razy uczestnicząc w Igrzyskach Olimpijskich: w Helsinkach (1952) i w Rzymie (1960).

Zakończenie kariery sportowca bynajmniej nie oznaczało dla Edwarda Szymkowiaka rozstania z ukochanym klubem. Pracował w nim do końca jako trener; zawsze sumienny, nie zaprzestał pracy z klubową młodzieżą mimo iż świadom był swej ciężkiej i nieuleczalnej choroby. Zmarł przedwcześnie 27 stycznia 1990 roku. Spoczął na cmentarzu Mater Dolorosa przy ulicy Piekarskiej, na zawsze będąc symbolem największych sukcesów bytomskiej Polonii, która rozgrywa swe mecze na stadionie, a jakże by inaczej, imienia Edwarda Szymkowiaka…
Źródło: http://www.poloniabytom.com.pl

Wszystkie filmy